Patrzysz na wypowiedzi wyszukane dla frazy: Dziady Księgarnia





Temat: Może ktoś podsunie mi swoje pomysły na bibliografię???
Literatura podmiotu:

"Antygona", Sofokles
"Treny", Jan Kochanowski
"Hamlet", William Szekspir
"Cierpienia młodego Wertera", Johann Wolfgang Goethe
"Dziady", Adam Mickiewicz
"Kordian", Juliusz Słowacki
"Zbrodnia i kara", Fiodor Dostojewski
"Hymny", Jan Kasprowicz
"Moralność pani Dulskiej", Gabriela Zapolska
"Ludzie bezdomni", Stefan Żeromski
Wybór wierszy, Stanisław Grochowiak
"Buszujący w zbożu", Jerome David Salinger
proza Josepha Conrada (motyw alienacji występuje chyba w każdym jego dziele)

Literatura przedmiotu:

- "O idei i uczuciu nieskończoności", Idee programowe romantyków polskich. Antologia, red. A. Kowalczykowa, Zakład narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2000.
- Dopart B., Poemat profetyczny. O "Dziadach" drezdeńskich Adama Mickiewicza, Księgarnia Akademicka, Kraków 2002.
albo
- Dopart B., Adam Mickiewicz - "Dziady", Lektury polonistyczne, oświecenie-romantyzm, t. I, Universitas, Kraków 1997.
- Tarnogórska Maria "Alienacja jako problem literaturoznawczy". "Transgresyjna" metodologia literatury "wyobcowanej", Litteraria 1992, t
- J. M. Stam "Alienation: A Modernist Theme", 2001 - nie wiem, czy jest polski przekład tej książki, musiałabyś poszukać.

Pozdrawiam





Temat: Czytacie książki?
Mówią, że jestem dziwakiem bo dużo czytam. Heh.
Ludzie mówią tak o tych co czytają więcej niż 1 książkę na 1/2 roku, a ja czytam średnio 1 dziennie, więc..
Zresztą nieważne.
Czytałam Gombrowicza (niecałego, bo mam wybrakowaną BM), Masłowską, Salvadora Dali, Marksa, wiele książek z zakresu psycholgii i filozofii, "Antygonę", "Zbrodnię i karę", "Dziady II, III, IV" i wiel, wiele innych + lektury szkolne.
Właśnie wybieram się do księgarni, zapytać o "Przewodnik po filozofii wsześć godzin i kwadrans"-Gombrowicza, ale pewnie nie mają.
Nie przepadam za fantastyką.





Temat: Blogi

Prostak, o tym koledze to Ci anegdotkę jeszcze jedną mogę opowiedzieć, literacką. Ale to potem, bo mnie tu jeszcze wyśledzi. " border="0
"Dziady" napisał pan Tadeusz. Hy hy.
Klient w księgarni:
- Czy jest "Pan Tadeusz"?
Sprzedawca wrzeszczy na zaplecze:
- Panie Tadeuszu, ktoś do pana!

(stare to i znane, ale...)




Temat: A ja zbieram... no właśnie co?
Pudełka po herbacie.
Rodzina i znajomi pukają się w czoło, doradzając zbieranie torebek albo fusów, a w ogóle najlepiej to zużytych tamponów (tak, takie sugestie też były - osobiście ich nie rozumiem, moja kolekcja nie śmierdzi, a to że to śmieci - szczegół). Aktualnie liczy 59 sztuk (nie powtarzają się) i zajmuje miejsce na dwóch szafach. Liczyłaby więcej, gdyby nie moje przywiązanie do niektórych rodzajów (zielona + fusy, torebki są ble) i picie ciągle tych samych. Próbuję je ustawiać jedne na drugich, ale się dziady przewracają, dlatego regularnie je poprawiam. Przed chwilą niechcący stuknęłam w szafę fotelem w trakcie przemeblowania i misterna konstrukcja posypała się na zasadzie domina. Ustawianie wymaga użycia drabiny, choć i na niej jestem za niska ;<
Poza tym moja kocica uwielbia je strącać w środku nocy.
Wspomniana rodzinka i znajomi pukają się, ale co jakiś czas podrzucają mi nowe okazy. Z ostatniej wizyty w Warszawie przywiozłam cztery pudełka, a chrzestna regularnie dostarcza mi opakowania po herbatkach odchudzających. Znajomych opijam z herbaty bez litości. Prawdę mówiąc, zwykle to od razu po wejściu wchodzę do kuchni i robię wszystkim herbatę...
Na swoją obronę mam to, że pudełka zbieram przy okazji picia, a nie piję dla pudełek.

Poza tym książki, choć to kosztowne hobby i rzadko mnie stać. Ale kto był ze mną kiedykolwiek w jakiejkolwiek księgarni to wie, o czym mówię XD
Książki też już się nie mieszczą, dlatego większość z nich zalega kanapę i goście nagminnie siedzą na ziemi, siorbiąc herbatę.



Temat: czy biegacze czytają książki?
Przed chwilą straciłem resztę gotówki na "Archeologię Polski wczesnośredniowiecznej" Andrzeja Buko. Nie mogłem sobie odmówić. Najpierw pół godziny lektury w księgarni, a potem, jak pani zaczęła się denerwować, że jej wszystko wyczytam, kupiłem. Zdradzę wam, że parę lat temu, kiedy prof. Buko był jeszcze zwykłym doktorem , zrobiłem z nim wywiad na temat jego hipotezy, dotyczącej siedzib domeny rodowej Piastów, dziadów Mieszka. Jego zdaniem całkiem możliwe, że był to Kalisz i okolice .
Mam więc słabość do faceta




Temat: Anatol Ulman
Z blogu Bohdana Sławińskiego:

Onegdaj, na wspaniałej mazowieckiej prowincji, kędy jeziorka i spróchniałe wierzby, w księgarni-papierniczym, tzw. „po schodkach”, w kolejne rozedrgane upałem popołudnie, wyszperałem na półce z tanią książką, zakurzonego „Ojca naszego Fausta Mefistofelewicza” Anatola Ulmana. Stał w ponurym towarzystwie „listy pomordowanych w Katyniu”, która aromatyzowała sąsiedzkie tomy - gnilnym fetorem. Jakby zmrożone pokłosie śmierci na ciepły dzień. Albo skojarzyłem, że lipiec, a zatem i żniwa, nic, że czarne. Kupiłem Ulmana, kupiłem Katyń, jeszcze z rozpędu Bartha i Abisha (z „Biblioteki Przedświtu”). Niebaczny, chłonny, bezbronny. Barth zdefasonował sposoby opowiadania, w mojej młodzieńczej głowie robienie confetti z narracji, o to było coś! Abish zgeometryzował tzw. „relacje międzyludzkie”. Trójkąty, kąty i figury. Och, jak miło. Matematyka stała się miłośnie użyteczna. A z listy Katyńskiej płynęli martwi, zgrzytali zębami, żalili się, śnili mi nowe czarne Dziady. Ale więcej Ulman.
Słabo znałem wtedy malarskie piły Boscha (ułamkiem bodajże „Kuszenia” ozdobiono okładkę), ale oblicze Ulmana - przełamane (przedarte) właśnie z Boschem - wydało mi się jakby zaproszeniem do wysłyszenia ledwie przeczutych ech, pękniętych? Szukałem pewnie kogoś, kto je wypowie, poskleja, albo i potłucze. Padło na bogu ducha winną księgarnię i Fausta Mefistofelewicza. Pasował, bo żywy był i nieżywy, ważny i prześmiewczy, górny i dolny. Nadto spoczywał na taniej książce, w księgarni, która też ledwo żyła, a po roku, dwóch, pochowali ją ostatecznie. Bo czas był trudny. Wolności, wszechowocność, a tu książka, która nie upaja – a chłoszcze szyderstwem, i teraz? Jak ją w 89 kochać? Przeczytałem, zainfekowała, i tak do dzisiaj, pogrywa we mnie, co jęknę słowem, to i „Faust Mefistofelewicz” gdzieś szczęknie, jak ten cymbał brzmiący. A to biała koza i intymny „kwiat” cioci, jako macierz wszelkiej twórczości literackiej, szczególnie tej piętrowej, przebóstwionej; a to implant „człowieka literatury”, jako trwające do dzisiaj zabełtanie w mojej głowie, czy „Gyubal Wahazar” Witkacego, mój boże, może ucieleśnieniem piramidalnej bzdury?!; a to profesor Kartacz i jego ss-sztabowi-doktorzy, w imię nauki i akademickiego posłuszeństwa gotowi zabijać, wyżerać, wciąż się boję, aż śnią mi się laboratoria Mengele, zresztą jeszcze wiele. Ot, w upalny dzień, odwiedzając grób Fausta Mefistofelewicza, kusi, by zmarłemu, zamiast kwiatów, zostawić na grobie, jako wiązankę – zimne piwo czy colę, co sobie zresztą przepowiedział. Można tak długo, bo po Fauście i Cigi, także inne rzeczy Ulmana – bliskie. I bardzo cieszę się, że po latach posuchy, izolacji, przerażającego zapomnienia, za „Dzyndzylyndzy” nominowano go do Gdyni. I boję się o jego zdrowie, by nie skonał ze śmiechu. Wyobrażam sobie, że tak mogłyby brzmieć jego ostatnie słowa: „Niech prochy me spoczną w Nancy, tak drogim sercu każdego Polaka”. I nie zdziwiłbym się, gdyby w kwaterze Leszczyńskich legł, i rozległy się spod ziemi słowa: „Był równy Królom, więc niech wśród Królów spocznie”. I wykwitły by mu na grobie, ni rozmaryny, ni chłepczące krew róże, ale ten bladoróżowy kwiatuszek wędrownika.


wyjasnię tylko, że kwiatuszek był na obrazku na początku tekstu



Temat: Odpowiedź na tekst z PZK
Bardzo dziękuje elloszymonowi, czyli Wojciechowi Szczawińskiemu za tę kolejną wypowiedź, znów promująca Tsunami i książkę Murata.
Piszesz, że nie kupiłeś książki Murata, tylko ją dostałeś na urodziny od ciotki. Bardzo dobrze. Otóż to. Nie jesteś jedynym, bo oprócz ciebie jeszcze setki osób ćwiczących kyokushin otrzymały tę książkę w prezencie na święta, urodziny,imieniny itp. od rodziców, ciotek, ciot , dziadków i dziadów.
Jednym słowem, wszyscy oni kupili tę sławną ksiązkę Murata !!! I o to chodzi !!!
A teraz ją mają, czytają, pokazują innym i dziwują się, jaki to Oyama tłusty niczym prosiak, jak fałdy tłuszczu zwisają mu jak u wieprzka. A do tej pory słyszeli oni od instruktorów kyokushin, a ci od Drewniaka, że Oyama miał to być największy na swiecie mistrz karate, który tak "morderczo trenował", a wraz z nim Drewniak (po raz kolejny jakiś kolejny oszołom kyokushin napiał te brednie jeszcze dziś na tym Forum). No i co mają ci biedni ludzie sądzić o bredniach Drewniaka, powtarzanych bezmyślnie przez jego odmożdżone zielone amrynarki, które wykonują wszystko na rozkaz tego żałośnego kurdupla Drewniaka ?
Ano myślą sobie: jak utył ten wielki misztrz Oyama, jaki z niego zrobił sie prosiak, czy to może być mistrz ? Przecież żaden sportowiec uczciwie trenujacy nie wygląda jak prosiak, a nikomu ze sportowców nie wylewają się z ciała fałdy tłuszczu u smalcu, jak Oyamie !!!!
I dla takich fotografii warto miec tę cudowną książkę Murata. I innych fotografii, na przykład pokazujących, jak to Oyama "zabijał byki". Takie brednie też przez całe lata rozpowszechniał Drewniak i jego zielone marynarki, że niektórzy nawet zaczęli wierzyć w te brednie.
Tymczasem Murat w swojej znakomitej książce zamieszcza unikalne (przyznasz to sam, Wojciechu Szczawiński) i tak skrzętnie ukrywane fotografie, jak to było faktycznie z tym "zabijaniem byków" przez Oyamę !!!
Choćby dla takich fotografii warto miec te książkę Murata.
I teraz po raz kolejny ty, wojciechu Szczawiński i ja ( a jakże) robimy reklamę tej książce i przy okazji tsunami.
Kupujcie tę ksiązkę Murata wszyscy, a zmieni ona wasze poglądy na sztuki walki. Tak wielu unikalnych informacji, jakie są w tej ksiązce, nie znajdziecie w żadnej innej.
To właśnie dlatego tak szybko została ona wykupiona w Polsce. I nie można jej znaleźć w żadnej księgarni. A inne ksiązki sobie leżą, leżą, leżą ... i czekają, czekają, czekają na kupca. Ale kupca na nie nie ma, bo ludzie podniecają się książką Murata. Takze dzięki tobie, Wojciechu Szczawiński i innym pomocnikom Drewniaka, którzy tak mocno ja rozreklamowali swoimi wypowiedziami (jedni na treningach - to instruktorzy kyokushin, a inni - jak ty czy Goncerz w Internecie).
A teraz dam ci dobrą radę, Wojciechu Szczawiński (elloszymonie), bo zasłużyłeś na nią swoją dobrą pracą na rzecz naszego Tsunami: reklamą ksiązki Murata i Tsunami.
Skoro już masz tę słynna ksiązkę Murata, a nie chcesz jej mieć, to ogłoś na Allegor, że chcesz ją sprzedać. Zobaczysz, że sprzedasz ją jeszcze tego samego dnia, tak wielki jest na nią popyt. A kupi ją kolejny człowiek, który ćwiczy Kyokushin, przeczyta i co zrobi: przyjdzie na trening Tsunami.
No Szczawiński, sprzedaj tę książkę Murata, tylko podaj nam tu informację, że faktycznie umieściłeś ją na Allegro, bo znając twoje upodobania do kłamstw, oszustw i kombinacji (jak u Drewniaka i Goncerza) przypuszczam, że nie umieścisz jej tam wcale , a będziesz tu wypisywał, że nikt nie chce kupić tej ksiązki.
No Szczawiński, sprzedaj tę sławna ksiązkę Murata i daj innej osobie, ćwiczącej Kyokushin, poznać Tsunami oraz Murata. Na pewno osoba ta ksiązkę tę będzie pokazywać jeszcze innym ludziom, ćwiczącym kyokushin, i razem może nawet założą kolejne koło Tsunami.
Podziękowania od nas za to dostaniesz.



Temat: to tak na poczatek: poczatek :)
Tak trochę odwrotnie wyszło. Poprzedni post był praktycznie wykazem lektur (moich własnych, absolutnie, Bogowie brońcie, nie miałem zamiaru wskazywać na "kanoniczne pozycje literatury fantastycznej", czy jak tam ta franca miałaby się nazywać).
Część z nich to faktycznie moje inspiracje. Ale gdybym miał zacząć od początku…
Przepraszam za wyrażenie, ale za "moich czasów" bywało z czytaniem trochę inaczej niż jest teraz. Chłopcy zaczynali od Winnetou, Wyspy skarbów, itp. Ci, którzy nie stali twardo na glebie, sięgali po fantastykę, której było kiedyś, no... prawie jej nie było.
Na samym początku było bajkowo. Andersen i Bracia Grimm. Baśnie rosyjskie. Klechdy sezamowe. To był pierwszy krok ku fantasy. W międzyczasie był Pan Kleks, absolutnie fenomenalny; Harry Portier, nędzna jego kalka NIGDY nie sprawiłby tego, co sprawiły książki Brzechwy, że chciało się jeszcze i jeszcze i jeszcze („Shrek, ja chcę jeszcze raz!”).
"Czystej" fantasy jako dziecko prawie nie znałem, bo jej nie było. Tolkiena znałem ze słyszenia i z Fantastyki. Tak samo było z Conanem. Cóż, zamierzchłe to były czasy.
Na szczęście był komiks. Jeszcze zanim Parowski i reszta ruszyli ze swoim miesięcznikiem, dostaliśmy magazyn Relax. A w nim Thorgala. Chyba od tego się moja znajomość z fantasy zaczęła. Potem, dzięki Fantastyce, udało mi się przeczytać najpierw pojedyncze opowiadania, a potem powieści z tego gatunku (m.in.: Świat czarownic i Księżniczkę Marsa).
Zapomniałbym o Alicji w Krainie Czarów, którą czytałem ukradkiem, bo mi rodzice kazali odrabiać lekcje z Elementarza...
A jeszcze Krzyżacy (Rito, kłaniam się uniżenie) i Stara Baśń (trochę mnie nudziła, szczerze mówiąc). Ale przygody Zbyszka z Bogdańca wciągnęły mnie bez reszty. NB już wtedy kombinowałem, że byłoby fajnie gdyby Sienkiewicz zamiast Danuśki 'dał' smoka, żeby Jagienka była jakąś nimfą (elfy miały wtedy w mojej wyobraźni cal wzrostu i motyle ew. musze skrzydełka) i żeby od razu skumała się ze Zbyszkiem.
A wracając do Tolkiena… Był rok 1985 lub 86 gdy miałem w ręku pierwsze polskie wydanie WŁADCY PIERŚCIENI. Należało ono do starszej siostry mojego kumpla, polonistki zresztą. Wypożyczenie, ani nawet czytanie na miejscu nie wchodziło w rachubę. To, że udało mi się Jej dotknąć (Trylogii nie siostry, świntuchy), graniczyło z cudem. I długo śniło mi się po nocach.
Ale z fantastyką w ogóle było trochę lepiej. Dzięki moim staruszkom zetknąłem się z Vernem, którego bardzo lubię do dziś. Później był kumpel, o kilka lat starszy ode mnie, który podsunął mi Lema, Zajdla, Vonneguta, Leibera. I było sporo polskiej fantastyki – kiedy ja zaczynałem czytać te bardziej już "dorosłe" rzeczy, właśnie startowali Parowski, Dworak, Markowski, Ziemiański, Rodek, byli już Wnuk-Lipiński, Wiśniewski-Snerg, Boruń, Trepka i inni. Do dziś mam w swojej bibliotece "Spotkanie w przestworzach", cykl antologii opowiadań polskich pisarzy sf skompletowane dzięki znajomościom w księgarni. Była taka seria KAW-u, "Fantastyka-Przygoda-Rozrywka", która mam ambicje skompletować w całości. Wielu autorów, których w tej serii wydano dziś już nie pisze (choć niektórzy, jak Ziemiański, wracają po długiej przerwie).
Znowu się rozpisałem. Celowo, bo chciałem pokazać, że różne są drogi "do fantastyki", że fantastyka "niejedno ma imię" (wybaczcie banał). Grunt to znaleźć swoją własną ścieżkę i cokolwiek by nie mówił pan od polskiego, pani z biblioteki, czy pani Grażynka z telewizji, trzymać się swoich upodobań, ale i nie zaprzestawać poszukiwań. Fantazjowali przecież klasycy literatury (Mickiewicz prócz takich "Dziadów", które fantastyczne są i basta, napisał też utopię). Fantastyki nie unikają filmowcy, także ci najwięksi, "uznani artyści".
I co najważniejsze, choć być może oczywiste. Nie możemy, w naszym "światotworzeniu", ograniczać się do jakiegokolwiek określonego gatunku. Ja sam inspiracje do budowania Kalderanu (wiem, że w przypadku Draegga jest podobnie) czerpię i z fantasy, i hard sf, nawet cyberpunka. To, co z fantastyką nie ma nic wspólnego też może być źródłem natchnienia. I nie mam bynajmniej na myśli tzw. literatury faktu, dokumentów, opracowań, itd. Przeczytajcie jak Old Shatterhand i Winnetou tropili Komanczów albo bandytów – czyż Eldarzy nie mają podobnych umiejętności?

Tym optymistycznym akcentem… Do następnego postu (posta?)

P.S.: A tak naprawdę to mój pierwszy kontakt z fantasy miał miejsce zaraz po moim przyjściu na świat. Początkowe lata mojego życia spędziłem w wiejskim domu moich dziadków. Wieś nazywała się Dragany...

***

Pointa, cytat z Marka Twaina:
"Końcowa część kazania pana Twitchella zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że żałowałem, że nie przebudziłem się wcześniej, by usłyszeć początek."



Temat: Literatura.
Należę do grona osób, które książki czytam w tempie natychmiastowym. Wystarczy jedna, pochlebna opinia zasłyszana przypadkowo z czyichś ust w bibliotece, w sklepie, autobusie i, bum!, książka ląduje w moich łapkach.

Moja przygoda z czytaniem zaczęła się siedem lat temu. Tak, dobrze widzicie, książki do czwartej klasy podstawówki darzyłam nienawiścią szczerą i szeroko pojętą, czego moja matka, jako mól książkowy, nie mogła przeboleć. Wciskała mi na siłę dzieła, których nie zaczynałam nawet czytać – przetrzymywałam je przez jakiś czas, po czym odkładałam na półkę. Pytania w stylu ‘podobała ci się?’ ignorowałam uparcie. Do lektur podchodziłam jak pies do jeża i czytałam je bez przyjemności. Nie mogę powiedzieć, że absolutnie żadna nie przypadła mi do gustu – prawdopodobnie pierwszą książką, którą przewertowałam od deski do deski z uśmiechem na twarzy był Pan Samochodzik i templariusze w czwartej klasie. Następnie Dzieci z Bullerbyn i do dziś niezapomniany Pan Kleks. Z czasów podstawówki są jeszcze takie wspaniałe książki, jak Hobbit, seria o Ani z Zielonego Wzgórza, Tajemniczy ogród, cudowny Nawiedzony dom (Chmielewska! *bije pokłony*) i, oczywiście, baśnie Andersena.

Na czytanie książek nawrócił mnie ostatecznie Harry Potter. Gdyby nie to, że była to moja lektura szkolna, prawdopodobnie nie tknęłabym go wcale. Pierwszą część dostałam w grudniu, na moje jedenaste urodziny. Przeczytałam kilka pierwszych zdań i rzuciłam książkę w kąt. Phi, magia, też mi coś – myślałam sobie. Kiedy usłyszałam o tym, że nauczycielka wybrała Komnatę Tajemnic jako dodatkową lekturę, z moich ust wydobył się jęk niechęci. Jednak mus to mus. No i tak się właściwie wszystko zaczęło. Wciągnęłam się w świat Harry’ego bez pamięci. Wszystkie cztery tomy połknęłam właściwie w przeciągu tygodnia, nie rezygnując z nich ani na rzecz telewizji, ani komputera. Moja matka patrzyła na to ze zdziwieniem, ale również przepełniała ją duma – oto w jej córce ujawniła się głęboko skrywana miłość do książek. Jednakże z czasem duma i zdziwienie przeszły w irytację (Ile można czytać te same książki?!).

No i w końcu trafiłam do gimnazjum. Mały Książę to książka, którą będę wielbić aż do końca świata. Sięgam po nią często, tylko po to, by poczytać niektóre fragmenty. Krzyżaków przeczytałam z nieukrywaną fascynacją, ale muszę powiedzieć, że Danusia niezmiernie mnie irytowała. Utwory Szekspira do dziś pamiętam – „Słabości, twe imię kobieta!”. Twórczość Fredry i Mickiewicza podziwiam szczerze i nieprzerwanie w szczególności Dziady, natomiast Pan Tadeusz niekoniecznie przypadł mi do gustu, chociaż osobiście uważam, że opisy przyrody były nader piękne. Dodajmy jeszcze utwór Forrest Gump, przeczytany głównie dlatego, że chciałam porównać książkę z ekranizacją.

Potem nastąpił okres fascynacji Mistrzem i Małgorzatą („Na litość boską, królowo - zachrypiał - czyż ośmieliłbym się nalać damie wódki? Toż to czysty spirytus!”). Książka ta była napisana wręcz fantastycznie i z pewnością sięgnę po inne książki pióra Bułhakowa.

Oczywiście nie zapominając o twórczości Doroty Terakowskiej. W Krainie Kota, fantastyczne książki pt. Ono i Poczwarka, których nigdy nie zapomnę. No i Samotność Bogów chociaż według mnie, nie jest najwyższych lotów.

Ostatnio pochłaniam wiele książek. Strasznie podobał mi się Ptasiek Williama Whartona, którego z pewnością nigdy nie zapomnę. Bardzo gorąco polecam. Zaczęłam czytać Tato i cóż powiedzieć, początek mi się nie podobał wcale, ale jako wyznawczyni zasady „zaczęłaś, skończ!”, której się twardo trzymam, skończę ją, choćby nie wiem co. Poluję także na kontynuację Ptaśka, ale w mojej okolicy w żadnej bibliotece ani księgarni nie ma Ala.

Za sobą mam również: Wichrowe Wzgórza i Siewcę wiatru oraz, oczywiście, Artemis Fowl, Pachnidło oraz Diabeł ubiera się u Prady.

Poszukiwałam również ciekawych pozycji do przeczytania i – na razie – na mojej liście znajduje się siedemdziesiąt książek. Wierzę, że połowę uda mi się skończyć do początku wakacji. Znajdują się tam głównie utwory Gabriela García Marqueza, Julio Cortazara, Andrzeja Pilipiuka (Właściwie, muszę się przyznać, że czytałam tylko fragmenty jego książek, ale zamierzam się poprawić i porządnie zabrać się za przeczytanie jego twórczości.), Umberto Eco oraz Neila Gaimana. Z pojedynczych to Mgły Avalonu, Stowarzyszenie umarłych poetów (Kajam się, że jeszcze tego nie przeczytałam.).

A Wy co polecacie, moje drogie? Jakie książki macie za sobą, a jakie pragniecie przeczytać? ^^ dnia Śro 21:57, 14 Sty 2009, w całości zmieniany 1 raz